Przy okazji kolejnej partii zaproszeń (ich pierwowzór możecie zobaczyć tutaj) postanowiłam po części opowiedzieć, a po części ostrzec jak robić albo nie robić kartek.

Kto zagląda, ten wie, że od czasu do czasu pojawiają się u mnie ślubne zaproszenia. Teraz nie robię ich już zbyt wiele i nie ukrywam, że za każdym razem ta praca kosztuje mnie niezliczoną ilość nerwów, czasu, błędów i materiałów, które trafiały do śmietnika. Ale zawsze miałam słabość do widoku równo ułożonych w kartonie dziesiątek gotowych zaproszeń. I to wynagradzało mi wszelkie niedogodności.

Zaproszenia ślubne

Jest coś uspokajającego nie w wymyślaniu i tworzeniu, a w produkowaniu mniejszej lub większej ilości takich samych kartek: w docinaniu i przygotowywaniu kolejnych elementów, a potem w składaniu tego w całość. Nie umiem tego dobrze opisać, ale postanowiłam, że tym razem pokażę i opowiem Wam jak produkuję zaproszenia.

Pomijam tutaj pierwszy etap pracy, czyli wymyślanie wzoru, dogadywanie szczegółów, wybieranie tekstów, czcionek oraz szukanie i dokupowanie materiałów. Wspominałam już też nie raz, że pracuję głównie wieczorami albo w nocy. Często jednak zdarza mi się robić coś za dnia. Gdzieś w mieszkaniu mam wygospodarowany kawałek miejsca, do którego wracam po kilka razy na dzień, żeby coś przyciąć, przykleić. Robię to w przerwach między innymi codziennymi obowiązkami. I nigdy nie mogę policzyć ile czasu zajmuje mi przygotowanie takiego pakietu zaproszeń. Czasem to kilka dni, tydzień, bywa, że i dłużej. Za każdym razem pracuję jakimś systemem, choć nie zawsze takim samym.

Produkcja zaproszeń

A tak zrobiłam te zaproszenia:

Wydrukowałam wszystkie kartki z teksem, obrazki z młodą parą i wozy strażackie. Żeby nie było za nudno pracowałam jednocześnie na trzech frontach. To była najbardziej monotonna i czasochłonna praca.

Wozy strażackie trzeba było ręcznie wyciąć, naciąć białych pasków, skleić drabiny i przykleić gotowe drabiny do wozów.

Obrazki z młodą parą też wycinałam (na szczęście dziurkaczem, nie ręcznie), potem czerwone serduszka – to już ręcznie. Serca przykleić, naciąć kawałków organzy na welony, zwinąć w rulonik, przykleić, przygnieść czymś i odłożyć na bok, żeby wyschło porządnie, a na koniec kwiatek. No i jeszcze nie można zapomnieć, żeby cały obrazek przykleić na papierową serwetkę.

Same kartki trzeba było poprzecinać, bo na jednym arkuszu są dwie, każdej zrobić zagięcie, zagiąć, naciąć wstążek, przewiązać, zrobić kokardy, poprawić je, odciąć końce.

Gdy wozy, obrazki, kartki i jeszcze elementy z napisem „zaproszenie” utworzyły mi cztery zgrabne stosiki wzięłam się do najprzyjemniejszej części, czyli składania wszystkiego w całość. Najpierw kartka, obrazek na lewo, wóz na prawo, do góry napis i jeszcze dwie perełki tu i tam. Gotowe!

Produkcja zaproszeń

Niektóre zaproszenia kończą jednak tak jak to na ostatnim zdjęciu. Kawa kapnie, klej się rozmaże, kot przebiegnie, coś się źle przyklei – powodów jest mnóstwo. Na każdym etapie. Najgorszy jest ten pierwszy, przy przygotowywaniu kartek z tekstem. Drukarka może strajkować, wydrukować krzywo, źle, do połowy, zabrudzi kartki. Zdarzyło mi się kiedyś zniszczyć całą partię niemalże gotowych zaproszeń z powodu jakiegoś głupiego błędu w tekście.

Myślę jednak nad tym, przypominam sobie te różne porażki, złość, frustrację i dochodzę do wniosku, że to wszystko jednak i tak mnie nie zniechęca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *