Pod tym intrygującym (nieprawdaż?) tytułem kryje się opowieść i zdjęcia, które trochę napawają mnie dumą, ale też trochę wstyd, że można uprawiać taką prowizorkę. Chociaż w sumie jakie to ma znaczenie?

Wymarzyłam sobie stworzenie w kuchni rodzinnego centrum dowodzenia – miejsca, w którym zgromadzę wszystkie ważne karteczki, informacje,  przypominajki, terminy, itd. Mój mąż wpadł na genialny pomysł, żeby „wpuścić” w ścianę korkową tablicę. Oczami wyobraźni widziałam już to cudo i pewnie dokładnie tak by to wyglądało, gdyby to mój mąż, a nie ja zabrała się za wykonanie.

Wykułam w ścianie wielką dziurę. Banał, chociaż nienawidzę sprzątania po takiej robocie. Potem okazało się, że arkusze korka są sporo mniejsze niż dziura, którą zrobiłam! Powiedziałam, trudno, resztę można przecież uzupełnić. Plan miałam następujący: zapaćkać dziurę gipsem, przykleić korek, a potem zakleić braki. Zużyłam kilogramy gipsu, korek nie trzymał się tak super jak myślałam, przy uzupełnianiu braków prawie płakałam, a gdy skończyłam miałam ochotę zerwać wszystko i zakryć ścianę prześcieradłem.

Zderzyłam się z brutalną prawdą: nie mam absolutnie żadnych umiejętności, jeśli chodzi o robienie takich rzeczy. Mogę robić piękne kartki, mogę malować całkiem znośne pudełka, nawet malowanie mebli lepiej mi wychodziło, ale to jest ponad moje możliwości. Byłam zła, załamana. Wściekła i zdruzgotana!

Ścianę wokół korka okleiłam rysunkami dzieci, bo taką zawsze pełniła funkcję – dwie kuchenne ściany mieliśmy zawsze wytapetowane rysunkami. Ale nawet z obrazkami nie wyglądało to nic lepiej.

Centrum dowodzenia

To było naprawdę dołujące doświadczenie, na szczęście nie trwało to długo, bo w końcu mnie oświeciło! Że to przecież wszystko bez znaczenia! To znaczy, z jednej strony, to super sprawa mieć mieszkanie jak z katalogu, zrobione fachowo, umeblowane ze smakiem. Pewnie byłabym zadowolona mogąc mieszkać w takich wnętrzach. Ale z drugiej strony czy ma to aż tak duże znaczenie? Dla mnie nie, tylko czasem zapominam o tym. Mam dużą przestrzeń, mało gratów i to jest dla mnie ważne. Mam też dzieci, a w związku z tym ślady z długopisu na podłodze, ściany pomazane pisakami, jakieś dziury wydłubane małymi paluchami. I nie mam z tym problemu, u nas rządzi prowizorka! Jeśli kiedyś będę mieszkać w pięknym wnętrzach, to super, ale teraz też jest dobrze, tak jak jest (choć czasem mogłoby być jednak trochę lepiej 😉 ).

Malowana ściana

Udało mi się pocieszyć i jednocześnie wpadłam na szalony pomysł! Ponieważ kuchnia i tak wymaga remontu, którego na razie nie będziemy robić, a poza tym te dzieci, pisaki i dziury, pomyślałam, że namaluję łąkę, przy okazji zużywając stare farbki plakatowe. Frajdę miałam wielką mażąc pędzlem po ścianach i wymyślając coraz to nowych mieszkańców naszej łąki. Pojawiły się mrówki, żuczki, biedronki, ważki, gąsienice, dżdżownice, motyle i pszczoły (wyglądające jak latające łodzie podwodne), a także jeden nieśmiały krasnoludek.

Malowana ściana

Biegając z aparatem po kuchni zahaczyłam też o przedpokój, którego nigdy jeszcze tu nie pokazywałam, a który też nosi ślady moich nie zawsze poważnych pomysłów.

W naszym przedpokoju od lat mieszkają zwierzęta, dobrze ukryte i nie tak łatwo je znaleźć. Za gazową rurą czai się mały pajączek, pod sufitem siedzi nietoperz, nad drzwiami przycupnęła sowa i ćma, przy podłodze swoją norę ma chyba jakaś mysz – do końca nie wiadomo, bo widać tylko oczy, a skrzynki z bezpiecznikami pilnuje czarny kot. Niedawno do kolekcji dołączyły dwie sowy na framudze, zrobione przez dzieci z rolek po papierze toaletowym.

Ponadto jedna ściana jest cała wyklejona serwetkami (taki decoupage na ścianie). To niewielka przestrzeń między drzwiami do kuchni i pokoju, która „ozdobiona” jest na dodatek rurami z gazu. Na kilku przykręconych gdzie popadnie haczykach wieszamy torby, parasole i kurtki.

Przy wejściu

Z przedpokoju wpadłam jeszcze do pokoju, w którym też od kilku dobrych lat stoi zrobiony przez nas drapak dla kota. To też nowość na blogu, ale postanowiłam pokazać wszystkie starocie, które z nieznanych przyczyn nigdy nie doczekały się publikacji.

Drapak to dzieło mojego męża i brata, a zrobiony jest z rolki po wykładzinie, grubego sznura, kawałka blatu i deski w uszytym przeze mnie pokrowcu. Rybki na sznurku, to oczywiście też mój pomysł.

Muszę przyznać, że kot korzysta z niego chętnie i często, choć nigdy nie wskoczył na półkę, którą mu zrobiliśmy, w związku z czym najczęściej trzymamy tam nasze ubrania. 🙂

Ufff! Dziękuję tym, którym chciało się czytać do końca. I nigdy nie bójcie się psuć sobie ścian! 😉

Drapak dla kota

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *