Jakoś tak się złożyło, że w tym roku nie zrobiłam właściwie nic – jedną bransoletkę, parę drobiazgów w ramach czegoś w rodzaju warsztatów z dzieckiem i dwie bransoletki z powierzonych materiałów, do których zabierałam się przez kilka miesięcy. I coś mi się wydaje, że jeśli chodzi o biżuterię, to jakoś przestało mi to wychodzić. Jakoś tak niechętnie wyciągam pojemniki z koralikami, niechętnie je nawlekam na linki i właściwie, no właściwie, to nie wiadomo co.

Pomyślałam sobie też ostatnio, że to nie jest żadna filozofia złożyć ze sobą kilka elementów i stworzyć kolczyki. Każdy może to zrobić, wszędzie tego pełno – ręcznie robionej biżuterii, która niczym się nie wyróżnia. Sprawiało mi to przyjemność, kiedy sama nosiłam biżuterię (a już bardzo długo niczego nie zakładałam), najpierw wymyślanie, przeszukiwanie sklepu, a potem składanie wszystkiego w całość. Pamiętam każdą parę kolczyków, które zrobiłam dla siebie, bo było w nich coś szczególnego. Potem zaczęłam robić więcej biżuterii, a teraz chyba mnie już to trochę znudziło.

To wcale jednak nie znaczy, że chcę przestać. Nie nudzi mnie tworzenie, ale nudzi mnie składanie. Na razie nie mam jednak żadnych pomysłów i nie wiem jeszcze co by to mogło być, ale wierzę, że w końcu coś wpadnie mi do głowy.

Tymczasem postanowiłam przed końcem roku pozbyć się koralików, które już od ubiegłego roku (i dłużej) leżą w szufladzie. Okazało się, że z worka niebieskich koralików (mój najnowszy nabytek – z odzysku) można zrobić cztery bransoletki i tyle samo par kolczyków. Zaczęłam mieć dość przy trzeciej – w nocy śniło mi się, że dalej ją robię. Przy czwartej prawie płakałam, bo już nie wiedziałam jak ją zrobić (przy dość ograniczonych zasobach innych materiałów). W końcu jednak zrobiłam! I odetchnęłam z ulgą.

PS. Moja ulubiona, to ta z zielonymi koralikami.

Bransoletki

Listopad 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *