Dziś z cyklu: elementy z wnętrza. A wiecie czemu tylko elementy, a nie całe wnętrza? Dopiero ostatnio o tym pomyślałam. Nie ma w moim mieszkaniu nic szczególnego, jeśli spojrzeć na nie w całości (a biorąc jeszcze pod uwagę, że większość jest w ogóle nie wyremontowana, tym bardziej nie ma w nim nic specjalnego). Ale za to są pewne elementy: kwietnik, stół, jedna ściana, półka, wieszak, itd. Dzięki tym elementom jakoś żyję, jakoś lubię te moje niewyremontowane kąty i, co najważniejsze, bez nich nie byłby to mój dom.

Pod kuchennym oknem mam wnękę, taką jaką często można spotkać w starych kamienicach. W poprzednim mieszkaniu też mieliśmy coś takiego, ale jacyś wcześniejsi lokatorzy zabudowali ją, a my nie byliśmy zainteresowani odzyskaniem tej przestrzeni. Tym razem postanowiliśmy ją wykorzystać w pełni.

Po rozebraniu tego, co było, wyczyszczeniu, pomalowaniu i zamontowaniu wewnątrz półki, trzeba było pomyśleć o drzwiach. Trwało to bardzo długo, aż w końcu (i to jest najlepsze!) wymontowałam z naszej pokojowej szafy parę drzwi (tak, teraz szafa w pokoju jest niekompletna i czeka na totalne przerobienie, które nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości), przemalowałam je na biało, machnęłam serwetkowy motyw i zamontowałam nowe uchwyty. Drzwi były zdecydowanie za małe do tej wnęki, więc dosztukowaliśmy jeszcze z góry i z dołu po listwie (listwy zostały nam ze starego łóżka dziecięcego, musieliśmy skręcić kilka ze sobą, żeby miały odpowiednią grubość i długość), na których zamieściliśmy prowadnice (również wymontowane z szafy). I gotowe! No prawie. Żeby zamaskować śruby, łączenia na listwach i niewielką szparę, która została z boku, pomalowałam wszystko dookoła farbą. Czarną, oczywiście.

Używając swych nadludzkich mocy i materiałów tylko z odzysku, koszt zabudowy wnęki wyniósł 0zł – i to lubię!

Wnęka pod oknem

Sierpień 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *